Pod koniec...

kurierskie odzież ochronna robocza



Pod koniec sierpnia czterdziestego szóstego roku spakował Wojtek do plecaka swój dobytek. Matka dołożyła dwa połcie boczku i Mika kilogramów cielęciny, o którą na wsi było łatwiej niż w mieście. Wsunęła samogon. Był przezornie wlany do dwóch butelek po oranżadzie; w czterdziestym szóstym stanowił jeszcze ciągle walutę obiegową. Wycerowała odzież i dała błogosławieństwo na drogę. — Nie łobuzuj! Mięso daj Kazi. Nie będą przecież cię utrzymywać. Wystarczy, że przygarną. Doszedł miedzami do szosy. Ciężarówki w Merunku Łodzi jeździły często. Rozklekotany wojskowy zis, załadowany równo z kabiną kierowcy, stanął na brzegu szosy. Ładunek przykryty brezentową plandeką. Na niej, tyłem do kierunku jazdy, przycupnięte postacie. Cztery kobiety, mężczyzna i chłopak w wieku Wojtka. — Do Łodzi! — tłumaczył Wojtek mężczyźnie w mundurze czerwonoarmisty.